Polub nas
Do góry

Jack White – szaleniec czy geniusz?

Ma swoją własną drogę i podąża tylko nią – jest światowej klasy dziwakiem – ale w tym samym czasie, nie jest skupiony wyłącznie na zadowalaniu siebie.

Muzyk, kompozytor, wokalista, autor tekstów i multiinstrumentalista, a także producent muzyczny oraz okazjonalnie aktor.. Potrafi stworzyć cały utwór w 10 minut. Dodatkowo, jest niesamowicie wrażliwy, jeśli chodzi o szczegóły wizualne, jak np. kolory. Czerwony, czarny i biały to The White Stripes. Z kolei czarny i niebieski – Jack solo. Ma świra na punkcie liczby 3, co widać w teledyskach, a także na koncertach.

The White Stripes był pierwszym zespołem, dzięki któremu większość z nas poznała White’a. Garażowy, zaraźliwy, bluesowo-rockowy duet naprzykrzający się niezliczonymi riffami określającymi erę, ale pozostający wierny bluesowi, który zainspirował młodego Johnego Anthonego Gillisa (Jacka White’a) dorastającego w Detroit. Ze skromnymi instrumentami, skromnym wyposażeniem do nagrywania i nieskomplikowanymi aranżacjami (i w przypadku Meg, pierwotnie ograniczoną wprawą) The Stripes byli kompletni. I potężni.

Patrząc na nich ze strony wydanych singli.. Łomoczące, energetyczne, błogo zamazane “Fell in Love with a Girl” z albumu White Blood Cells mieści całe dekady rocka z Detroit w 2 chwytliwych minutach chaosu. Kolejny album „Elephant” miał „Seven Nation Army” i jego główny riff, który podbił świat. Później przyszły porównywalnie burzliwe “Blue Orchid” i “Icky Thump” z „Get Behind Me Satan” i „Icky Thump”. I na akustycznym końcu piosenki jak “Hotel Yorba” i “We’re Going To Be Friends” stanowczo wpasowują się w estetyczne, uproszczone i szczere teksty Stripesów.

Dla Jack’a White’a, The Raconteurs był prostą odpowiedzią na pytanie: co jeszcze mogę zrobić? Wydał swój trzeci album („Get Behind Me Satan”) w ciągu czterech lat z The White Stripes. Zespół był na szczycie, wokal, gitara, teksty piosenek i wszystkie obowiązki były na ramionach White’a. Postanowił więc zobaczyć, co się stanie, gdy wyleje swój talent do innej formy, formy z prawdziwego, czteroosobowego (męskiego) zespołu rockowego.

„Steady, As She Goes”, singiel z debiutu The Raconteurs – „Broken Boy Soldiers”, doskonale oddaje strzeliste wyżyny, na które Jack chciał wspiąć się z The White Stripes, ale nie mógł tego dokonać w duecie. Nie można zaprzeczyć, że liczne utwory Stripesów należały do niesamowitych i wybuchowych, ale oczywistym jest, że ich albumy są zasadniczo solowe, co czyni „Broken Boy Soldiers” pierwszą prawdziwą płytą White’a jako członka zespołu.

Reszta albumu i następujące „Consolers of the Lonely” bada te same odmiany tempa, szczerości i energii, które uczyniły pracę The White Stripes tak pamiętną, ale z dodatkowym wkładem i talentem Bensona, Lawrenca i Keelera.
Z wielu podejmowanych przez Jack’a projektów, The Raconteurs jest jedynym, który umieszcza go w najbardziej optymalnym miejscu: jako frontman grupy rocka, która emanuje talentem i zapewnia najbardziej wytrzymałą bazę, na której może budować swoje wieżowce dźwięków.

Kiedy w 2009 roku wyszedł album The Dead Weather “Horehound” wszyscy prawdopodobnie myśleli to samo: Czy naprawdę potrzebujemy kolejnego pobocznego projektu Jacka White’a? „Consolers of the Lonely” wyszedł zaledwie rok wcześniej, więc nikt nie mógł zarzucić Jack’owi bycia nieambitnym albo wkładania za mało pracy w muzykę. The Dead Weather, miał jednak jedną tajną broń, której nie miało The Raconteurs: Alison Mosshart. Znana z 50 procentowego grungowo londyńskiego outfitu The Kills, Mosshart, z jej uwodzicielskim, zadymionym głosem i zadziorną osobowością, przyniosła tyle powagi do The Dead Weather, że równała się z Whitem.

Na Bonnaroo w 2010 roku, była tą, która ukradła show, wymieniając spojrzenia z Jack’iem pod jego szopą spoconych ciemnych włosów w upale. Aby być sprawiedliwym, White wymiatał na perkusji, walił w bębny niestrudzenie przez cały materiał z „Horehound”. Ich połączone siły w wykonaniu były jednymi z najbardziej pamiętnych występów tego festiwalu.

Spośród wszystkich projektów White’a, The Dead Weather jest jedynym, gdzie jego talent i osobowość są stawiane na równi (Wybacz, Meg.) Proces pisania piosenek, też wygląda jak jeden z najbardziej kolektywnych z całej kariery White’a. „Jest to pierwszy zespół, w którym byłem, i w którym wszyscy czterej członkowie piszą” – powiedział w wywiadzie dla NME. Z pomocą Dean’a Fertita z Queens of the Stone Age i Jack’a Lawrence’a, również z The Raconteurs, zespół ma pełny, uregulowany dźwięk, który jest klasyczny i naglący w tym samym czasie.


Z The White Stripes, The Raconteurs, The Dead Weather czy solo – Jack zawsze zachwyca, inspiruje, motywuje. Jego teksty są głebokie, pełne tajemnic, wyciągniętych z zakamarków jego genialnego umysłu, a solowe albumy to labirynty muzycznych i lirycznych ukrytych znaczeń, które przekornie rozwikłują się po wielokrotnych przesłuchaniach. Jednak White zawsze zostawia nas z większą ilością pytań niż odpowiedzi.

Może jedynym zaskoczeniem jest właśnie to, że jesteśmy zaskoczeni. Trikiem Jack’a zawsze było oczekiwać nieoczekiwanego. Potencjalnie wyjątkowy w nowoczesnej muzyce, jest indywidualistą, który sam wyznacza swój chaotyczny, wewnętrzny monolog do postrzępionego bluesowego bitu.

Na żywo, na scenie pokazuje całego siebie, całą swoją pasję i miłość do muzyki. Oprócz sprawiania przyjemności ludziom, chce też coś im przekazać. Jak na przykład na tegorocznej Coachelli. Podczas niesamowicie żywiołowego wykonania piosenki Seven Nation Army, Jack przedstawił cały zespół, po czym nadal grając budującą napięcie melodię, wykrzyczał: „Mam nadzieję, że wszyscy zdajecie sobie sprawę, przez parę sekund dziennie, każdego dnia, że muzyka jest świętością! Muzyka jest świętością!” Powtórzył to jeszcze dwa razy doprowadzając tłum do szaleństwa. Koncert skończyli razem, jako wspólnota połączona jednym – muzyką.

Jack White

W dzisiejszych czasach trudno jest zainteresować ludzi swoją twórczością, a jeszcze trudniej utrzymać ich przy sobie. W erze popu, rockizm stał się passé. Teraz najlepiej być tak zwanym poptymistą: być na bieżąco z gustem przeciętnego wielbiciela muzyki, żeby przemawiać do ludzi żyjących w pośpiechu, który zdążą tylko usłyszeć świetny singiel w radio albo na YouTubie i żeby docenić to w dokładnie ten sam sposób, w jaki docenia się poważniejsze artystycznie piosenki. Ale Jack White jest inny, jako on sam nigdy nas nie męczy. Im bardziej popowa staje się nasza kultura, tym bardziej rockowy jest on.

„Jestem prawie w wieku, gdzie jestem pewnego rodzaju niedopasowany do społeczeństwa” – stwierdził w wywiadzie dla The Nashville Scene. – „Dlatego jestem zaskoczony, że ktokolwiek zwraca najmniejszą uwagę na to, co robię. To otwiera oczy mówiąc skromnie.”

Rozpatrując autentyczność White’a. Pochodzi z Detroit, ziarnistego domu Iggy’ego Popa i MC5 oraz wielu innych. Zaczynał ( z The White Stripes ) od garażowego rocka – jak dotąd najbardziej rockowego gatunku, ale był również dobrze obeznany z innymi głównymi odmianami rockowej muzyki, włączając w to autentyczne country (był producentem płyt Loretty Lynn i Wandy Jackson) i autentyczny folk (wykonał covery pięciu starych numerów Appalachian na soundtracku Cold Mountain).

Gra na własnych instrumentach. Produkuje swoje własne nagrania. Pisze swoje własne piosenki. Woli sprzęt analogowy od cyfrowego. Prowadzi własną wytwórnię, Third Man, który jest tak skoncentrowana na winylu, że podjęła się proukcji pachnących płyt, świecących w ciemności nagrań i czystych zapisów wypełnionych płatkami róż. Jack nie chce nawet nosić przy sobie telefonu komórkowego.

Kiedy Rolling Stone zapytało White’a o The Black Keys, powiedział: „W szkole są dzieciaki, które ubierają się jak wszyscy inni, dlatego, że nie wiedzą co robić, i są też tacy muzycy. Słyszę reklamę w TV, gdzie muzyka jest zerżnięta z moich dźwięków, do tego stopnia, że myślę, że to moje. Przez połowę czasu jest to The Black Keys. Druga połowa to dźwięki podobne do piosenki, bo nie mogli zdobyć licencji na jedną z moich. Istnieje cały światek, który uważa, że rozwodnione wersje oryginału są w porządku.”

Mówiąc „oryginał” miał na myśli oczywiście siebie. Trudno jest wyobrazić sobie artystę bardziej nastrojonego na etos rockowej zrzędy niż Jack White – jego oryginalność przebija produkcję masową, a autentyczność przebija śliskość.

Jack White

Ten zmysł samo narzucającej się osobliwości – to uczucie, że jest on ostatnim Mohikaninem – jest wielką częścią uroku White’a. Wielu ludzi ciągle kocha rocka, wiele osób cały czas pragnie wierzyć w gwiazdy rocka.. I szczerze, Jack nie stawia czoła dużej – o ile jakiejkolwiek – konkurencji. I kiedy już któryś raz z kolei słuchałam „Lazaretto”, zaczęłam sobie zdawać sprawę, że głębszym powodem pozornie nieintuicyjnego sukcesu White’a, wcale nie jest nie intuicyjność. Właściwie, Jack powinien być unieruchomiony pośród naszej współczesnej skupionej na popie kulturze: ołowianej, nieistotnej i dinozaurowej. Ale jak dotąd, świetnie się wpasowuje.

Nie zrozumcie mnie źle, muzyka White’a cały czas brzmi cholernie rockowo. Album Lazaretto jest uroczo żywiołowy, nawet pobłażliwy; organy Hammonda, stalowy pedał oraz fortepian prosto z baru zderzają się ze sobą w (12 barowej) bluesowej chlubie „Three Women”. Skrzypce, kostka gitarowa i harmonijka w roszkosznym „Temporary Ground”; tupiący, agresywny, postarzany riff z „High Ball Stepper”; niechlujne country w stylu Mick’n’Keef w „Just One Drink”.

Ale muzyka White’a nie tylko ponownie wprowadza te tropy – ona wykracza poza nie. Przekracza je, bo skrycie sama jest troszeczkę ‘poptymistyczna’. Możesz to usłyszeć na całym „Lazaretto”, ale najbardziej na podwójnych uderzeniach w „Temporary Ground” i „Would You Fight for My Love?”. Delikatne, melodramatyczne i obie zostawiają w nas niezacieralne ślady. Najlepsze popowe piosenki występują w różnych konfiguracjach, ale łączy je jedno – nie łatwo je zapomnieć. Kiedy rytm, wibracje, tekst ‘sklejają’ piosenkę – najprawdopodobniej uznamy ją za dobrą. Jack nigdy nie zapomina o tej regule.

Więc, co teraz planuje Jack White? Kto wie? Pewnie on sam jeszcze nie ma pojęcia. Dla mnie zawsze jednak będzie geniuszem, prawdziwym unikatem i mentorem.

Więcej w dziale felietony