Polub nas
Do góry

Najciekawsze piosenki Lany Del Rey, które nigdy nie trafiły na (oficjalny) album

Przed Laną Del Rey, była May Jailer, Lizzy Grant i cała masa doskonałych kompozycji.

Dwanaście lat temu, 20-letnia Lana Del Rey chwyciła za gitarę, nauczyła się kilku akordów i powędrowała do studia. W tamtych czasach, występowała pod artystycznym pseudonimem May Jailer

Jako Jailer, artystka nagrała dwie EPki, „Young Like Me” oraz „From the End,” a zaraz potem przyszła pora na krążek „Sirens.” Żadna z tych płyt nigdy nie doczekała się oficjalnej premiery, ale jak wiecie… nie znaczyło to wcale, że Lana – a raczej, May – zamierza porzucić swoje marzenia. W 2007 roku nagrała materiał demo zatytułowany „No Kung Fu” z nadzieją, że pozwoli jej to odnaleźć producenta na debiutancki krążek. I udało się! Del Rey zachwyciła Davida Kahne’a, producenta, który na swoim koncie miał już współpracę z takimi gwiazdami jak m.in. the Strokes czy New Order. Do tego czasu, artystka zmieniła swój pseudonim na Lizzy Grant i udało jej się podpisać kontrakt, jednak nie taki, który zagwarantowałby artystce wielką sławę i popularność.

Czytaj też: Z okładką nowego albumu Lany Del Rey… jest coś nie tak

Wspólnie z Davidem, Lana w 2008 roku nagrała EPke pt. „Kill Kill,” a dwa lata później ukazał się krążek „Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant”  (i nie popełniliśmy tu błędu, artystka z Del Ray na rzecz Del Rey zrezygnowała dopiero po kilku miesiącach). Tym razem udało się – o artystce napisały lokalne media, a Huffington Post napisał głośną recenzję. Rok później podpisała kontrakty z wytwórniami Interscope i Polydor, a reszta to doskonale znana Wam historia.

W sieci ukazało się ponad 200 kompozycji Del Rey, które nigdy nie trafiły na krążek.

To nie błąd, jak twierdzi sama artystka, katalog tajemniczego materiału jest dużo większy od tego, który stanowią oficjalnie wydanie kompozycje. Dla tych co twierdzą, że kompozycje artystki są nudne i oklepane mamy dobrą wiadomość – udało nam się odnaleźć kilka „nieoficjalnych” kawałków. To doskonały dowód na to, że od początku miała na siebie pomysł; teraz, może zachwycać nim na scenach koncertowych całego świata.

„Śpiewałam na Brooklynie od 17. roku życia, ale nikt z branży się nie zainteresował. Od tego czasu nie zmieniłam się, ani trochę, a jednak mi się udało,” mówi w wywiadzie z magazynem Pitchfork z 2011 roku. Kilka tygodni temu opublikowała okładkę i pierwsze single kolejnego wydawnictwa pt. „Lust For Life” i wygląda na to, że ta dziewczyna zaskoczy nas jeszcze nie raz. Jednak teraz skupimy się na tym, co podarowała już swoim fanom, a co niekoniecznie możecie znać.

„Bird of a Feather,” 2005

Za czasów May Jailer, Lana śpiewała głównie o tym samym o czym śpiewa dziś – uzależnieniu, miłości i złamanym sercu – jednak nie pisała jeszcze wtedy słów w których znajdziemy romantyczne zachody słońca, ulice Hollywood i Chateau Marmont. „Birds of a Feather” to ostatni utwór z krążka „Sirens,” znany z użycia auto-tuna rodem z piosenki „Believe” z repertuaru wielkiej Cher – nigdy więcej nie spróbowała już podobnego eksperymentu. Jednak pisanie miłosnych piosenek z dedykacją dla tych, którzy zmienili jej życie? To coś na czym zbudowała swoją karierę.

 

„Get Drunk,” 2007

Kompozycja pochodząca z „No Kung Fu” w której Lana wciela się w mściwą kobietę co znacząco odbiega od jej przepełnionego miłością wizerunku. Podobnie jak większość piosenek na płycie, „Get Drunk” to doskonały przykład na doskonałość naturalnej barwy wokalistki, pozbawionej wysokich dźwięków znanych z krążka „Born to Die” . Miło jest usłyszeć niesympatyczną Del Rey, prawda?

 

„Yayo,” 2007

Lana opublikowała kilkanaście wersji „Yayo” na czterech wydawnictwach jednak naszą ulubioną jest ta z występu na żywo, gdzie najlepiej słychać siłę jej  wokalu (musicie to obejrzeć jeśli należycie do tych, którzy nie wierzą w jakość jej występów na żywo). Bardzo emocjonalny występ i mimo, że być może nie jest to jej „najsilniejszy” występ to z całą pewnością najbardziej emocjonujący.

 

„Kill Kill,” 2007

Ten utwór to trochę oszustwo… piosenka, znalazła się bowiem na krążku „Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant,” pierwszym studyjnym albumie w karierze wokalistki. Jednak jest zbyt dziwny i zachwycający, aby nie wspomnieć go na naszej liście. Lana próbuje w jednej piosence zawrzeć niemal wszystkie znane nam muzyczne gatunki. Przekonajcie się sami:

 

„Put Me In A Movie,” 2007

Zgodnie z tradycją Lany, ten utwór również ukazał się w kilku wersjach. Na krążku „No Kung Fu” akustycznie, z kolei większą ilość instrumentów usłyszymy na „Lana Del Rey A.K.A. Lizzy Grant.” Dobry przykład na to jak w jednej piosence nawiązuje do kolejnych: „Lights, Camera, Action” to słowa, które pojawiają się również w „Heavy Hitter” czy „High By the Beach”.

 

„Heavy Hitter,” 2009

Lana większość 2009 roku spędziła w nowojorskich studiach nagraniowych, gdzie producenci starali się nakierować młodą artystę na odnalezienie własnego stylu. Jeśli chodzi o tekst, „Heavy Hitter”  – nagrany we współpracy z producentem Blockheadem – to klasyczna Lana. Mimo, że producent nie był zadowolony z efektu końcowego to docenił Del Rey jako artystkę.

 

„Maha Maha,” 2009

Pochodzący z Nowego Jorku, producent, Princess Superstar zdradza, że pracę nad utworem rozpoczęły się w 2009 roku. Mimo, że „Maha Maha” nie jest standardową „niepublikowaną” kompozycją Lany to doskonale pokazuje jej wszechstronność. Zamiast typowych mrocznych dźwięków rodem z jazzowego podwórka, Lana buduje atmosferę wokół dźwięków Bollywood i wychodzi jej to świetnie.

 

„Kinda Outta Luck,” 2010

Lana opublikowała ten kawałek na swoim kanale YouTube mniej więcej w tym samym czasie, kiedy w sieci zadebiutował utwór „Video Games” . Mimo, że zainteresowanie było ogromne to sukces „Video Games” spowodował, że kompozycja została zapomniana, a szkoda.

 

„You Can Be The Boss,” 2010

Podobnie jak „Kinda Outta Luck,” „You Can Be The Boss” również zadebiutował na kanale YouTube w 2010 roku tuż przed przypływem ogromnej popularności artystki. Plotki głoszą, że utwór miał nawet pojawić się na krążku „Born to Die.” Czasem możemy usłyszeć ten utwór na trasie koncertowej.

źródło: www.vice.com

Więcej w dziale felietony