Polub nas
Do góry

Niedaleko pada film od książki?

Układ zazwyczaj jest prosty – ktoś pisze książkę, ktoś inny kręci o niej film. W większości przypadków adaptacja znacznie odbiega od dzieła bazowego. W efekcie w 99% przypadków sceny ze srebrnego ekranu przegrywają ze słowem pisanym.

Układ zazwyczaj jest prosty – ktoś pisze książkę, ktoś inny kręci o niej film. W większości przypadków adaptacja znacznie odbiega od dzieła bazowego. Dzieje się tak głównie z powodu ograniczeń czasowych, przez co scenarzyści, a głównie reżyserzy zmuszeni są do kompromisów, co z kolei doprowadza do znacznego okrojenia nawet bardzo istotnych wątków. W efekcie w 99% przypadków sceny ze srebrnego ekranu przegrywają ze słowem pisanym

Na całe szczęście nie jest tak zawsze. Zdarzają się też przypadki, kiedy to „uczeń przerasta mistrza” albo przynajmniej mu dorównuje. Poniżej subiektywny wybór adaptacji zarówno rewelacyjnych, jak i tych średnio udanych oraz zupełnie słabych. Zacznijmy od tych ostatnich.

1. JOHN GRISHAM – „RAPORT PELIKANA”

Ubierz swoją najdroższą sukienkę/garnitur, poszukaj najdroższej restauracji w swoim województwie, wynajmij limuzynę i pojedź do niej. Kiedy dotrzesz na miejsce, usiądź przy pięknie nakrytym stoliku i zamów najdroższe i najwykwintniejsze danie, jakie znajdziesz w menu, po czym zabierz się do konsumpcji i całość popij jabolem. Jeśli chcesz zaoszczędzić, możesz po prostu przeczytać „Raport Pelikana”, a później obejrzeć jego filmową adaptację (w odwrotnej kolejności na książkę nie miałbyś już ochoty), efekt będzie taki sam. Denzel Washington i Julia Roberts – czy to nie duet (prawie) idealny? Czy mając doskonały materiał na scenariusz i dwójkę rewelacyjnych aktorów, można zepsuć film? Jak widać można. Gdyby postawić na półtorej godziny przed kamerą drewno, z całą pewnością byłby to ciekawszy widok niż żałosne zmagania Julii z rolą Darby Shaw. Podobno książka była już pisana z myślą o tej konkretnej aktorce, jednak to, że pasuje ona do opisu, wcale nie oznacza, że z osobowością swojej postaci sobie poradziła. Bardzo trudno przyzwyczaić wzrok do czegoś, co z zapartym tchem czyta się całą noc, natomiast ogląda się z przymusem do końca. Płytko zarysowana charakterystyka postaci, słaba gra aktorska, czy zniekształcenie głównych wątków poprzez nieprzemyślane rozwiązania reżyserskie – Pakula, co Ty najlepszego z tym arcydziełem uczyniłeś?

2. STEPHEN KING – „LŚNIENIE”

Tak właściwie nie jest to nawet pojedynek między książką, a filmem, a Stephenem Kingiem i Stanleyem Kubrickiem – pisarskim mistrzem grozy kontra jednym z najlepszych reżyserów wszechczasów. To obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów horroru i niezaprzeczalnie niedościgniony wzór tego gatunku. Obie wersje przeszły do historii i skąpały swoich twórców w glorii chwały, pytanie tylko, czy można je obiektywnie porównać. King, po obejrzeniu ekranizacji swojej powieści stwierdził, że nie podoba mu się ona na tyle, że postanowił nakręcić swoją wersję w postaci mini-serialu. Dlaczego? Ponieważ adaptacja Kubricka zbyt bardzo odbiegała od pierwowzoru i tu niestety trudno się z pisarzem nie zgodzić. Ze stanleyowskim „Lśnieniem” jest pewien problem – wydaje się on arcydziełem, dopóki nie przeczyta się książki. Powieściowy Jack Torrance to człowiek zmagający się z przeszłością, która nieustannie go dogania i nie daje o sobie zapomnieć, coraz bardziej eskalując po przyjeździe do Panoramy. Walczy ze „złą rzeczą” i samym sobą tak długo, aż sam staje się częścią hotelu, ucieleśnieniem zła, które miało miejsce w jego pokojach. Filmowa wersja postaci nie tyle nie jest tak dobrze i głęboko nakreślona, co po prostu inna. Kubrick śmiało posługuje się metaforami i dosyć dosadnie pokazuje walkę dobra ze złem – ojca, który staje się ucieleśnieniem zła i syna – małego rycerza. A propos! W tym miejscu mam naprawdę spory żal do reżysera, że tak barwną, dokładnie scharakteryzowaną w powieści postać Danny’ego przedstawił nieco powierzchownie. Stephen King powierza małemu Torrance’owi 3/4 swojej książki, natomiast jego następca poświęca mu o wiele mniej uwagi. Nie da się odebrać filmowej wersji jej niesamowitego klimatu i przede wszystkim genialnej roli Jacka Nicholsona i Shelley Duvall. Cóż, niestety nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka. Trudno porównywać obie odsłony, bo są po prostu inne, a ich autorzy mieli kompletnie różne wizje ich przedstawienia, co nie zmienia jednak faktu, że zarówno pierwowzór, jak i adaptacja są arcydziełami.

3. THOMAS HARRIS – „MILCZENIE OWIEC”

To zdecydowanie jedna z tych pozycji, która jest niezwykle trudna do obiektywnego porównania. Mając dobrą „podkładkę” o wiele łatwiej stworzyć dobry scenariusz, ale ilu było takich, których się już na tym przejechało… Nie zawsze bywa również tak, że jedynie dokładnie odwzorowana adaptacja może okazać się sukcesem, jednak zadaniem reżyserów i scenarzystów jest to, aby kompromisy były jak najmniejsze i żeby nie ucierpiały na nich istotne wątki. Tym większe brawa dla Teda Tally’ego za to, że nie zawiódł pokładanych w nim oczekiwań. Zmianie uległy tylko niezbyt istotne motywy (np. historia farmy wuja Clarice), a niektóre zostały wręcz pogłębione. Na wielkie brawa zasługuje dobór aktorów – bardzo trudno znaleźć kogoś w tej profesji, kto tak fenomenalnie jak Anthony Hopkins oddałby psychikę doktora Lectera. Również wybór niedoświadczonej i młodziutkiej wówczas Jodie Foster wydaje się być niezwykle trafny. W związku z tym obie pozycje są nie tyle godne polecenia, ale powinny zostać numerem jeden na liście tych, którzy jeszcze do nich nie sięgnęli.

4. CHUCK PALAHNIUK – „PODZIEMNY KRĄG”

„Fight Club’owy” duet bez wątpienia należy do jednych z najlepszych w historii. Książka Palahniuka odbiła się jakimś tam echem, ale bestsellerem początkowo zdecydowanie nie została. Ku zdziwieniu film wielkiego szału nie wywołał również – początkowo… Dopiero, kiedy trafił na DVD i uruchomiona została poczta pantoflowa, fanów zarówno książkowego, jak i filmowego Durdena zaczęło przybywać w zawrotnym tempie. Tak reżyser, jak i pisarz zdecydowali się na niesamowicie agresywną krytykę współczesnego społeczeństwa i bezmyślnego konsumpcjonizmu. Bez owijania w bawełnę pokazali świat, w którym pod fałszywym uśmiechem i meblami z IKEI ludzie ukrywają, że jedynym sensem ich pozbawionej uczuć egzystencji jest wyścig szczurów, w wyniku którego wykonują prace, których nienawidzą, żeby kupić rzeczy, których nie potrzebują, aby zaimponować ludziom, których nie lubią. Z idealnie wyważoną dozą czarnego humoru obserwujemy anarchistyczny bunt przeciwko systemowi uśmiercającemu z osobna każde ze swoich „dzieci”. To, co zainspirowało Finchera w „Podziemnym Kręgu” to jednak jego wielopłaszczyznowość, dzięki czemu każdy może go odczytywać na swój sposób. Dla jednych mogą być to utwory tylko i wyłącznie o krwi, pocie i pięściach, jednak dla nieco mniej ograniczonych „Fight Club” stał się symbolem nie tylko beznadziei, ale także determinacji, by z nią walczyć, bo przecież „dopiero, gdy stracimy wszystko, stajemy się zdolni do wszystkiego”. Przemoc staje się tylko metaforą walki zwykłych ludzi w imię lepszego jutra, bo „dziś” w obecnym stanie jest nie do przyjęcia. Jedyną rzeczą, która powstrzymała mnie od postawienia fincherowskiej wersji dziesiątki, będącej uosobieniem zupełnego arcydzieła jest fakt, że Palahniuk nie mógł przygotować mu wspanialszej podkładki pod film. Siła produkcji byłaby niewymownie słabsza, gdyby nie wyraziście wykreowane postacie, ich interakcje i przede wszystkim intryga, która przyprawia mózg o eksplozję. Drugą stroną jest to, jak filmowiec poradził sobie z nią od strony reżyserskiej – doskonale pociągnął konstrukcję narracji, która stanowi najważniejszy element tej historii, jak również umiejętnie zmodyfikował tylko nieliczne wątki, przez co udało mu się nie zaburzyć całej historii. Ogromnym, a właściwie kluczowym punktem jest sposób, w jaki David Fincher zdynamizował akcję, posługując się krótkimi, ale dosadnymi scenami (samolotowe podróże, czy misje członków Fight Clubu) i okrasił ją własnymi „smaczkami”. Energia, jaką naładowany jest ten film, spokojnie wystarczyłaby na obdzielenie paru produkcji, a nie byłoby to możliwe, gdyby nie idealny dobór aktorów i świetne wizualne rozwiązania Finchera. Na ten temat można by jeszcze długo i intensywnie, jednak w końcu i tak trzeba przyznać, że ta mocna książka i równie mocne kino tworzą wspaniałą symbiozę, wzajemnie się uzupełniając i dokładając stopniowo coraz więcej elementów układanki, która składa się na jeden z najlepszych duetów w historii.

Nie zawsze film pada niedaleko od swojego pierwowzoru, ale jak widać niekoniecznie musi mu to wyjść na gorsze. W wielu przypadkach kinowe adaptacje przerastają swoje inspiracje, jednak wielu już sparzyło się na próbie poprawienia tego, co okazało się dobre bez wprowadzania zmian. Jedno nie ulega wątpliwości – nie jest sprawą prostą sprostać wymaganiom pisarzy, ale cieszę się, że tak wielu reżyserom się to udaje.

Więcej w dziale felietony