Polub nas
Do góry

Od nowa – remake’i i reeboty w bohaterskim kinie

Rebootomania uderza chyba przede wszystkim w popularne ostatnio kino superbohaterskie, chociaż nie tylko ono pada jej „ofiarą”.

W kinie widzieliśmy już chyba wszystko. Wygląda na to, że każda premiera, która pojawia się na srebrnych ekranach, ekranach telewizorów, na trailerach, które atakują nas niemal równie często jak wiszące wszędzie plakaty filmowe – to sequel, kolejna część serii, adaptacja książki, remake, reboot czy po prostu film będący kopią innego filmu

Coraz częstszym zjawiskiem są rebooty i remake’i. Pojęcia są w zasadzie zbieżne. Ot, nowy twórca, producent albo reżyser postanawia zrealizować swoją wizję na film i robi remake klasycznego obrazu. Jeżeli wizja dotyczy postaci, idei a struktura filmu może się zmienić, powstaje reboot, czyli film, który de facto udaje, że poprzednie filmy nie istnieją. Rebootomania uderza chyba przede wszystkim w popularne ostatnio kino superbohaterskie, chociaż nie tylko ono pada jej „ofiarą”.

Flagowym przykładem ofiary rebootów może być Batman, który obecnie przybrał fizjonomię i charakter Bena Afflecka. Batman w popkulturze obecny jest ponad 70 lat (w 2019 Mroczny Rycerz i obrońca Gotham będzie obchodził swoje 80 urodziny). Pierwszym aktorem, który wcielił się w tę rolę był Lewis G Wilson, który Batmanem stał się w 1943 roku, występując w piętnastoodcinkowym serialu pod tytułem… „Batman”. Serial dostał swoją kontynuację pod tytułem „Batman i Robin” z główną rolą Roberta Lowreya. Chwilę potem odnotowaną pierwszy przypadek rebootow w historii Batmana. Pojawił się Adam West i jego spektakularna, mocno przesadzona i ekspresyjna wersja człowieka nietoperza, którą kreował przez kilka sezonów serialu, film i kilka niezależnych projektów.

Jego wersję Batmana również dotknął reboot: W 1989 roku Tim Burton obsadził w swojej wersji Batmana Michaela Keatona. Dwa filmy z nim, jeden z Valem Kilmerem i kolejny z Georgem Clooneyem teoretycznie należały do tej samej serii. Niestety spektakularna porażka filmu z Georgem Clooneyem sprawiła, że dobra passa Nietoperza spotkała swój koniec (do tej pory George Clooney nie chce rozmawiać o swojej roli w uniwersum Batmana). Na ekran Batman wrócił dopiero w 2005 roku, a w kostiumie znalazł się Christian Bale, natomiast reboot wepchnął postać na nowe, bardziej mroczne i poważne tory.

Po trzech filmach formuła wyczerpała się i dostaliśmy kolejną wersję obrońcy Gotham. Aktualnie obowiązujący model to Ben Affleck i brutalny Batman, którego mieliśmy okazję poznać w nie najlepiej przyjętym Batman vs Superman (oraz przez krótki moment w równie źle przyjętym Suicide Squad). Mimo negatywnych recenzji Ben Affleck pozostanie Batmanem przynajmniej w nadchodzącym filmie „Liga Sprawiedliwości” oraz samodzielnym filmie o Batmanie.

Wow – to bardzo dużo Batmanów, a nie tknęliśmy nawet wersji animowanych czy kilkunastu gier komputerowych, które do jednej historii podchodziły na bardzo różne sposoby.

Historie komiksowe wydają się być idealnym sposobem na film bez remaków i rebootów. Większość komiksowych bohaterów ma za sobą kilkadziesiąt lat przygód, mniejszych i większych, bardziej i mniej spektakularnych (a przez to wymagających większego lub mniejszego budżetu) dlatego w zależności od nastroju i możliwości kolejne filmy mogłyby być kontynuacją tej samej historii.

Najwyraźniej to błędne wrażenie, bo kolejny przykład rebootomanii to Spiderman. Człowiek pająk, ze względu na wymagające sceny, długo musiał czekać na swoją filmową wersję. Chociaż po raz pierwszy pojawił się w wersji aktorskiej już w roku 1977 w serialu z główną rolą Nicholasa Hammonda, zdecydowanie nie był to jeszcze właściwy moment. Dlatego za pierwszy film ze Spidermanem uważa się powszechnie wersję Sama Raimiego z główną rolą Tobey’a Maguire z 2002 roku. Film został dobrze przyjęty i otrzymał dwa sequele, niestety produkcja kolejnych przeciągała się i wkrótce doprowadziła do… tak, rebootu. W 2012 w rolę pająka wcielił się brytyjski aktor Andrew Garfield, a reżyserem został Marc Webb.

Ponownie dobre recenzje doprowadziły do szybkiego powstania kontynuacji i planów na kolejne trzy filmy. Realizacja tych planów poszła niestety w podobnym kierunku co w przypadku poprzedniej serii. Spiderman trafił na kolejny reboot. Szczęśliwie teraz jest to reboot pod skrzydłami uniwersum Marvela, więc wygląda na to że nowy pająk, odgrywany teraz przez Toma Hollanda, pobije rekord i pojawi się przynajmniej w czterech filmach (pierwszy już widzieliśmy – nowy Spiderman był częścią filmu Captain America: Civil War). Życzymy mu wszystkiego najlepszego.

Dużo zamieszania z sequelami i rebootami narobiła inna komiksowa seria, czyli X-Men. W teorii wszystkie filmy, począwszy od X-Men z 2000 roku przez hit Deadpool z zeszłego roku, aż po święcące triumfy dzieło Logan, który cały czas jest w kinach to część tego samego uniwersum. Jednak zmiany obsady, podróże w czasie i karkołomne pomysły fabularne doprowadziły do wielu nieścisłości i komplikacji (do których przytyki pojawiły się w komediowym Deadpoolu).

Takie przykłady w kinie superbohaterskim można mnożyć. Fantastyczna Czwórka? Każda próba stworzenia filmu z tej wdzięcznej historii to był reboot. Superman? Wspaniała seria z Christopherem Reeve, a później reboot w 2007 i kolejny reboot jako Man of Steel nie tak dawno temu.

Czy tylko firmy superbohaterskie dotyka ta przypadłość? Oczywiście, że nie. Możemy spojrzeć na dowolną serię w historii kina i zobaczymy tą samą prawidłowość. Oceans 11 i Sting? Jeden rzut oka na historię tych filmów w popkulturze i już wiemy, że to remaki. Nawet James Bond po długiej serii bez potknięć doczekał się rebootu (bo czymże innym są filmy, gdzie w rolę agenta Jej Królewskiej Mości wciela się Daniel Craig?).

Czy częste rebooty Wam odpowiadają? Czy może wolicie, żeby historia była ciągnięta długo, jak w przypadku „pierwszego” Bonda?

Więcej w dziale felietony