Polub nas
Do góry

Pezet? Dalej zaprawiony w bojach – relacja z koncertu w Klubie Kwadrat

Ktoś zapyta: jak tam Pezet po tak długiej przerwie? Odpowiedź brzmi: dalej w branży, dalej zaprawiony w bojach.

Informacja „sold out”, która pojawiła się tuż po ogłoszeniu koncertu w krakowskim Klubie Kwadrat nie może nikogo dziwić

Paweł Kapliński na scenach Grodu Kraka widziany był ostatnio jakieś trzy lata temu, o czym zresztą osobiście wspomniał w trakcie sobotniego występu. Wyznawcy Grammatikowego sloganu „kupujcie polskie rap płyty”, trueschool’owcy i wszyscy ci, którym premiera np. takiej „Muzyki Klasycznej” towarzyszyła w ważnym okresie ich życia (post-paktofonikowy boom hip-hopowy w Polsce, circa 2000-2004, pierwsze podrygi z rapową kulturą w gimnazjum/liceum i tego typu okoliczności), przyjęli wiadomość o trasie koncertowej Koka Tour (rozpoczęcie właśnie w Krakowie) z szerokim uśmiechem na twarzy oraz młodzieńczą ekscytacją i ochoczo zakupili wejściówki.

Przy tej okazji stwierdzić również należy, że zapewne wpływ na szybką wyprzedaż biletów miały ostatnie wypowiedzi artysty mówiące o tym, że prawdopodobnie da sobie wkrótce siana z muzykowaniem, wyda ostatni album i finito.

Skład zespołu został nieco zredukowany – do Krakowa nie dotarł Małolat z przyczyn nam niewiadomych, tak więc mieliśmy na scenie jednego hypemana – Mormona, świetnego perkusistę o imieniu Rafał oraz DJ wyglądającego jak rasowy gracz pokera (kaptur na głowie oraz założone okulary przeciwsłoneczne w klubie, w którym panował półmrok).

Aha, był jeszcze basista.

W sumie niczym wielkim się nie wyróżniał, dlatego prawie o nim zapomniałem (nie zmienia to faktu, że równiutko i poprawnie wykonywał swoją pracę). Koncert rozpoczął się krótkim wstępem instrumentalnym, który przepoczwarzył się w utwór „Noc jest dla mnie”, wykrzyczany przez Pezeta w towarzystwie głośnego aplauzu i hałasu młodziuchnej publiczności. Po chwili Pezet, przyodziany w wygodne dresiwo i stały element gry – czapeczkę, poinformował zgromadzony ogół, iż jego brat nie jest obecny dzisiejszego wieczoru, zatem trzeba to zaalarmować wszem i wobec oraz go serdecznie pozdrowić. „Zaalarmuj” rozbrzmiało w Kwadracie charakterystycznym bitem.

Tutaj mieliśmy pierwszą liryczną zabawę z publicznością – „Kiedy ja powiem Warszawa, Wy powiecie Kraków! Hej, Warszawa! Kraków!”. Nie mogło zabraknąć klasyki, na którą czekał cały klub – nasze bębenki zostały połechtane dźwiękami lirycznego bangera „Nie jestem dawno” czy „Szóstego Zmysłu” enigmatycznie zapowiedzianego przez Pezeta, nad którym rozrzewniła się cała publika, wspominając z łezką w oku współpracę naszego bohatera wieczoru z super-producentem Noonem.

Oczywiście w secie koncertowym Pezeta nie mogło zabraknąć miejsca dla bloku tematycznego spod szyldu wiksy i baletowania. Usłyszeliśmy zatem pijackie „Lubię” z muzyki rozrywkowej, „Dopaminę”, zadedykowane wszystkim obecnym na koncercie paniom „Supergirl” czy odegraną na bisach „Senioritę” – najlepiej przyjęty utwór wieczoru (wszystkie panie sprawdziły zapewne ich nakład na kompaktach). Z albumu „Radio Pezet” warszawski raper zagrał „Slang 2”.

Spokojniejsza odsłona koncertu (oczekiwana przez wszystkich przerwa w skakaniu i machaniu jedną łapą), reprezentowana była przez utwór „Nie Muszę Wracać”, wyprodukowany w kolaboracji z JIMKIEM, „Ostatni Track”, który zamknął zasadniczą część występu oraz wyczekiwany hicior „Ukryty w Mieście Krzyk” – rozświetlony telefonami komórkowymi i zapalniczkami, odegrany dwa tempa wolniej od wersji, którą możemy usłyszeć np. na albumie koncertowym „Pezet & Małolat live in 1500m2”, zahaczający raczej o wykonanie w konwencji a cappella, w trakcie której można pośpiewać sobie ile sił w płucach. Stałym, rutyniarskim elementem interakcji z publicznością na koncertach Pezeta jest wspólne kucanie na kawałku „Gdyby Miało Nie Być Jutra” (ponoć jeden z ulubionych momentów rapera w występowaniu na żywo), który zazwyczaj bywa poprzedzony słowną zapowiedzią w stylu: „jutro niczego nie będzie, jutra nie będzie, to wasza ostatnia impreza w życiu!” (wolna parafraza słów Pezeta z sobotniego koncertu – przyp. red.).

Artysta bisował parę razy (trzy, cztery?) i na pewno część tych bisów była poza konkursem. Świadczy to o tym, że warszawski raper lubi grać dla krakusów, a krakusi lubią jego. Najmocniejszym punktem kończącym sobotnią imprezę było niewątpliwie wykonanie czternastoletnich już (!) „Re-fleksji” ze specjalną dedykacją dla krakowskiej publiczności.

pezett

Foto: Mateusz Kanownik

Artystyczna dwubiegunowość Pezeta jest czymś niesamowitym oraz niespotykanym na krajowym rap-podwórku. Z jednej strony postrzega wszystko dookoła przez „filtr depresyjno-wrażliwy” założony na szkłach jego okularów, przez który powstaje i przelewa się gorzka oraz pesymistyczna liryka, z drugiej z kolei – jego autoprezentacja w utworach pozwala stwierdzić, że jest zapewne jakimś lowelasem, królem życia i szefem weekendowych melanży zarazem.

Jeśli ktoś waha się czy warto iść na któryś z pozostałych koncertów w ramach Koka Tour, to w tym momencie nie powinien mieć już wątpliwości.

Forma sceniczna Pezeta, forma muzyczna jego bandu jest więcej niż zadowalająca, a to dopiero początek koncertowania. Posługując się elastyczną parafrazą – ktoś zapyta: jak tam Pezet po tak długiej przerwie? Odpowiedź brzmi: dalej w branży, dalej zaprawiony w bojach.

Więcej w dziale relacja