Polub nas
Do góry

Czy widzowie kiedykolwiek zaakceptują intymność homoseksualną na kinowych ekranach?

Kontrowersje dotyczące „homoseksualnego momentu” w filmie „Piękna i Bestia” to tylko pojedynczy przypadek w długiej historii kina w którym widzowie nie akceptują intymności osób tej samej płci. 35 lat temu Michael Caine i Christopher Reeve pocałowali się w filmie „Deathrap” i reakcje był tak samo ostre.

W wywiadzie z magazynem Attitude, reżyser i twórca „Pięknej i Bestii,” Bill Condon wspomniał o „homoseksulanej scenie”  i momentalnie cała narracja wkoło najbardziej niewinnego filmu Disneya całkowicie zmieniła kurs

Homoseksualizm? W bajce dla dzieci? Już zapewne wiecie jak to się skończyło – od całego tabunu lamentujących psychologów, aż po próby wyrzucenia sceny z kinowej wersji nowego filmu. Najciekawszą rzeczą jest jednak fakt, że sama scena wcale nie jest tak bardzo szokująca jak sugerują komentarze oburzonych jej pojawieniem się w filmie widzów i krytyków. Nie chodzi wcale o to, że przed końcowymi napisami Bestia postanawia spędzić upojną noc z Gastonem.

Premiera filmu „Piękna i Bestia” niemal zbiegła się z 35. rocznicą premiery „Deathtrap”  – kolejnej produkcji Hollywood, która niespodziewanie pojawiła się na ustach krytyków całego świata po tym jak jedna ze scen oburzała swoim „homoseksualnym momentem”. Jeśli jest więc jakaś nauka, która płynie z całej tej sytuacji to niestety nie brzmi ona wesoło: wszystko wskazuje na to, że pomimo upływu lat, widzowie dalej nie są w stanie zaakceptować tego typu scen na kinowych ekranach.

W 1982 roku, nikt nawet nie podejrzewał, że „Deathtrap” stanie się produkcją, która na stale zapisze się w historii i kulturze kina. Film powstał na podstawie sztuki autorstwa Ira Levina o tym samym tytule, która przez lata święciła triumfy na Broadwayu, a w rolach głównych pojawili się tam m.in.: Michael Caine, Dyan Cannon i Christopher Reeve w okresie swojej największej sławy po premierze filmu „Superman II” i kilka miesięcy przed pojawieniem się części trzeciej. Pierwsza połowa filmu opowiada historię Sidneya Bruhla (w tej roli Caine), scenarzysty i profesora, który nie może znaleźć inspiracji do pisania, a w efekcie morduje Clifforda Andersona (Reeve), studenta któremu udało się stworzyć bardzo obiecujący scenariusz filmowy, a zdesperowany profesor planuje przedstawić go jako tekst własnego autorstwa.

Czytaj też: Jak daleko pada film od książki?

Tak  przynajmniej wydawało się większości widzów, którzy kiedykolwiek obejrzeli „Deathtrap,” – niespodziewanie (mniej więcej w połowie filmu) naszym oczom ukazuje się poniższa scena:

 

Okazuje się, że Sidney i Clifford upozorowali morderstwo, aby wywołać zawał serca u żony Sindeya – plan się powiódł. Swój sukces, obaj panowie postanowili uczcić pocałunkiem, a ogromna ilość widzów stanowczo sprzeciwiała się wtedy tego typu scenom w kinie.

Sam pomysł wykorzystania homoseksualizmu w celu zwrotu akcji, bazuje już na zamyśle, że widz nie spodziewa się, że ich ulubiony bohater może okazać się homoseksualistą – przez całą resztę filmu, reżyser zadbał o to, żebyśmy nigdy nawet nie podejrzewali, że coś takiego może się wydarzyć. Sidney jest w związku z kobietą i niejednokrotnie kpi z sąsiada, którego podejrzewa o to, że ma pociągi do mężczyzn. Jakby tego było mało, kilkanaście minut przed śmiercią żony, Caine całuje ukochaną na dobranoc.

Szok jaki wynika z pocałunku obu mężczyzn wyniki więc z trzech rzeczy: widz dowiaduje się, że Sindey i Clifford od początku planowali zabić niewinną i jak mogłoby się wydawać ukochaną osobę; następnie dociera do nas, że nie jest to zwykła relacja nauczyciel – student; na koniec widzimy dwóch sławnych aktorów, którzy całują się na ekranie kina. Twórcom filmu „Deathtrap” dokładnie o to chodziło, aby zszokować widza na wszystkich trzech płaszczyznach. Niespodziankę stanowi również fakt, że w oryginalnej sztuce pocałunek nigdy się nie pojawił choć logiczne było, że obaj panowie darzą się miłością – intymny moment został dodany do filmu przez scenarzystę Jay’a Pressona Allena.

Jak się później okazało, rok 1982 był w Hollywood przepełniony wyraźnymi motywami LGBT; „Personal Best” (miłość pomiędzy dwiema atletkami) czy „Making Love” (fabuła skupia się na historii faceta, który nie może zdecydować się czy woli pozostać z żoną czy odejść do kochanka). Harry Hamlin, który pojawił się w obsadzie drugiej produkcji, żalił się później, że nie miał już później szans na duże filmowe role. Jak sam mówił, gwoździem do trumny okazał się być pocałunek z Michaelem Ontheanem: „Kiedy scena pojawiła się na ekranie kina, ludzie wybiegali z sal całymi tłumami.”

Właśnie tego typu reakcje sprawiły, że „Making Love” nie odniósł wielkiego sukcesu – już w zwiastunie jasno było pokazane, że opowie on historię męża, który nie potrafi pogodzić się ze swoją seksualnością co dla niektórych widzów okazało się nie do przeskoczenia – na film po prostu nie poszli. Film okazał się porażką. Jednak „Deathtrap” szuka odpowiedzi na zupełnie inne pytanie: Jak zareaguje widz, który zobaczy całujących się na ekranie dwóch mega popularnych aktorów w filmie w którym nic nie wskazywało na taki zwrot akcji?

Okazało się, że nie najlepiej. W książce zatytułowanej „Murder Most Queer: The Homicidal Homosexual in the American Theater,” Jordan Schildcrout opowiada o rozmowie Christophera Reeve’a z historykiem filmowym Vito Russo. „Słyszałem jeszcze przed premierą, że pocałunek został wygwizdany o czym napisał Time Magazine – zrujnowało to „niespodziankę” milionom widzów,” powiedział Reeve. „Kilka miesięcy później nazwaliśmy scenę „pocałunkiem za dziesięć milionów dolarów,” oszacowano, że właśnie taką kwotę straciliśmy przez obecność tej sceny na sprzedaży biletów.”

Dziesięć milionów dolarów. Bez względu na to czy ta kwota została wyliczona prawidłowo, to przesłanie dla twórców było jasne: Jeśli zdecydujesz się pokazać w filmie dwóch całujących się facetów, będzie cię to bardzo drogo kosztować. Jak pokazuje historia, scenarzyści wzięli sobie to do serca. W takich produkcjach jak m.in. „Philadelphia,” której fabuła oparta jest na homoseksualnej miłości, bohaterowie nigdy nie doświadczą fizycznej intymności.

Mimo, że od tego momentu minęły już więcej niż trzy dekady to widzowie w dalszym ciągu nie mają ochoty na takie sceny. Magazyn Turner Classic Movies opisuje nastolatkę, która krzyknęła „Superman… Jak mogłeś?” podczas seansu. Sam Vito Russo przyznaje, że podczas pokazu filmu w Ohio sam na własne uszy doświadczył tego oburzenia – „Nie, Superman, nie rób tego,” usłyszał z głębi sali i przyznał, że jeden z członków jego rodziny wyszedł skina po tej pamiętnej scenie.

Jednak od premiery minęło już trochę czasu, dlatego najlepszym dowodem na to, jak wielki problemem okazał się być „pocałunek za dziesięć milionów dolarów” jest materiał promocyjny filmu w którym aktorzy pytani są o „homoseksualny moment”. Wywiad z Reevem, który bardziej przypomina przesłuchanie został przeprowadzony w 1982 roku przez Bobbie Wygant z NBC 5.

Do obejrzenia poniżej.

Powtórzy więc. Po krótkim wstępie, Wygnat pyta akora jak czuł się w roli homoseksualisty: „Chris: Czy jesteś gotowy na salwę żartów takich jak, „Teraz już wiemy dlaczego Superman potrafi latać?”. Mimo, że z początku żart może wydawać Wam się po prostu bez sensu to wydaje się, że dziennikarka starała się ubrać bohatera w którego wciela się aktor w kostium „wróżki”. Reeve wydaje się nie przejmować pytaniem, więc, Wygnat próbuje raz jeszcze. „Czy, Ciebie to nie obraża?” mówi. „Twoja postać z filmu „Deathtrap” ma tendencje homoseksualne.”

Zdenerwowany Reeve stara się pominąć pytanie. „Wiesz, wydaje mi się, że to nieistotne. Zarówno dla mnie jak i dla kogokolwiek innego,” mówi i wymienia o czym tak naprawdę opowiada fabuła filmu. Bobbie Wygnat nie daje jednak za wygraną. „Chris, czy jest coś czego nigdy nie zrobiłbyś na ekranie?” – intencja dziennikarki jest więc oczywista: Jeśli facet jest w stanie pocałować przed kamerą innego mężczyznę, to gdzie jest granica? Tym razem, aktor przygotowany jest na odpowiedź. „Jak najbardziej. Nigdy nie zdecydowałbym się na coś co nie będzie miało żadnej wartości dla filmu. Musisz zrozumieć, że „Deathtrap” nie jest jakimś lekiem na raka. To po prostu dobra rozrywka w której nie ma nic co mogłoby kogokolwiek obrazić. To jedynie postać i nie znaczy to, że taki sam jestem w prawdziwym życiu – nie próbował więc tutaj wyrażać siebie. To tylko dobra zabawa, niezagrażająca nikomu rozrywka.”

Mimo, że nie jest to może najlepsza odpowiedź, to przynajmniej jest szczera. Pomimo całego zamieszania wokół jednej sceny, „Deathtrap” nie jest historią o homoseksualnej relacji: to film przepełniony niespodziewanymi zwrotami akcji. Z jednej strony, to na swój sposób fajne, że możemy obejrzeć film o dwójce homoseksualistów, który nie jest skupiony na ich seksualnych upodobaniach; z drugiej, ciężko jest oglądać film, który nie skupia się na bohaterach, a potem jego twórcy powołują się na to, że chcieli zabrać głos, który osobom homoseksualnym w kinie odebrano. Jednak w tamtych czasach, Hollywood produkowało tak małe ilości filmów z homoseksualistami, że żaden z nich nie mógł pozostać niezauważony przez krytyków i oburzonych widzów.

Teraz, 35 lat później, czy cokolwiek się zmieniło? Poprawiło na lepsze? Czy widzowie odwróciliby się od filmu, a dziennikarze ogłaszali „aferę” jeśli na ekranie ponownie pojawili by się Caine i Reeve ze swoim „miłosnym uniesieniem”? W takim produkcjach jak „Deathtrap” prawdopodobnie nie – jednak kiedy projekty nastawione na OGROMNY sukces starają się choćby poruszyć ten drażliwy temat, sprawy nieco się komplikują.

Czas powrócić do „Pięknej i Bestii”. To najnowsza, napakowana gwiazdami produkcja Disneya oparta na animowanym klasyku co oznacza, że jest praktycznie niemożliwe, aby coś poszło nie tak. Jednak już kilka dni po premierze, głównym tematem rozmów o filmie stał się właśnie „homoseksualny epizod”. Kino w stanie Alabama ogłosiło, że filmu nie pokaże wcale. Rosjanie starali się całkowicie zakazać filmu w soim kraju, a samo studio zmuszone było wycofać produkcję z Malezji ze względu na krajowe prawa do cenzury niektórych scen.

O czym my tak naprawdę rozmawiamy?

Jeśli jeszcze nie widzieliście filmu, zapewne zaskoczy Was, że brak tam nawet pocałunku – chodzi jedynie o scenę tańca kiedy to LeFou tańczy dla Gatsona. I to wszystko.

Zobaczcie.

 

W 1982 roku, „Deathtrap” zarobił nieco mniej niż 20 milionów dolarów. Jeśli więc obliczenia dotyczące „pocałunku za dziesięć milionów dolarów” były prawdziwe, produkcja straciła ponad połowę wpływów przez zaledwie jedną scenę. Jednak gdyby LeFou faktycznie pocałował mężczyznę w filmie na którego produkcję wydano 160 milionów dolarów… czy ktokolwiek by się przejął? Jak drogo kosztowałby ten pocałunek w dzisiejszych czasach?

Więcej w dziale felietony