Polub nas
Do góry

Zjawiskowa PJ Harvey zagrała na Torwarze – relacja z koncertu

Smutek mieszał się z magią jaką wytworzył na Towarze cały zespół…

Środowa obecność PJ Harvey w Warszawie była koncertem drugiej szansy, dla tych wszystkich którzy nie zdołali dotrzeć w tym roku na Openera

Polly z zespołem dali popis kunsztu muzycznego i instrumentalnej precyzji. Nie mogło być inaczej skoro nad Wisłę przyjechali promować najnowszy album artystki „The Hope Six Demolition Project”.

Praca nad tym krążkiem była pod wieloma względami wyjątkowa. Co poniektórzy szczęśliwcy mogli zobaczyć Polly w ferworze pracy w studiu podczas nagrywania materiału, a sama płyta? Wykracza zdecydowanie poza artystyczne ramy i nie powinno jej się postrzegać tylko w kategoriach dobrego albumu. Krążek PJ to wynik żmudnej, reporterskiej pracy, dając po raz kolejny dowód na to, że jest osobą mocno zaangażowaną w sprawy społeczne i kwestie wszechobecnej niesprawiedliwości. Na jej percepcję artystyczną miał wpływ szereg podróży, które odbyła w ostatnich latach. Na liście odwiedzonych przez nią krajów znalazły się m.in. tak niebezpieczne miejsca jak Kosowo czy Afganistan. Obrazki biedy i globalnych nierówności nadają płycie gorzki i smutny wydźwięk.

Konstrukcja scenicznego performensu musiała jak najlepiej korespondować z mocnym przekazem znajdującym się na płycie.

Torwar ogarnął mrok i atmosfera pewnej intymności, która wydaje się praktycznie niemożliwa do uzyskania w tego typu przestronnej hali.

To co wydarzyło się na Torwarze z pewnością nie powinno nosić miana zwykłego koncertu. Była to podróż. Podróż przez największe bolączki współczesnego świata, w której oprócz melodyjnego głosu PJ i jej saksofonu zabrała nas grupa muzyków poszerzona o dwa zestawy perkusyjne i dwóch saksofonistów. Teatralny spektakl rozpoczął się od „Chain of Keys”, gdzie marszowe bębny stanowią mocne preludium do dalszej części widowiska. Koncert wypełniony był kawałkami z dwóch ostatnich płyt artystki (obok piosenek z „The Hope Six Demolition Project” można było usłyszeć utwory z „Let England Shake”), z których obie w różny sposób odnoszą się do palących kwestii społecznych.

Konwencja przewidywalnej setlisty została przełamana podczas bisu, kiedy to Polly pożegnała się z publicznością swoją wersją „Highway 61 Revisited” świeżo upieczonego noblisty Boba Dylana oraz „Is This Desire?”. Ta ostatnia piosenka sprawiła jej nieco kłopotów, gdyż w uroczy sposób konsultowała z muzykami rytm i nuty.

Była to jedyna werbalna interakcja podczas koncertu.

PJ Harvey to performerka i instytucja sama w sobie. Nie potrzebuje small talku pomiędzy kawałkami, żarcików, czy rozpaczliwego przyciągania uwagi publiczności. Nikt na hali i tak nie mógł oderwać od niej wzroku kiedy w niemal narkotycznym transie poruszała się po scenie wykonując kolejne kawałki.

Królowa na scenie! #pjharvey #concert #warsaw #torwar #alternativemusic

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Qult Qultury (@qultqultury)

Brytyjka ubrana cała na czarno, w krótkiej spódniczce w opasce i z piórami we włosach była dyrygentem dla swojej sekcji instrumentalnej, miejscami przypominającej orkiestrę wojskową a w następnym momencie rosyjski chór. Teatralność nie przeszkadzała w jasnym odbiorze treści jakie PJ ma nam do przekazania. Wzmocniła jedynie wydźwięk protest-songów na miarę XXI wieku, przeprowadzając nas przez wojnę, ubóstwo, rasizm i ogólny marazm, który próbujemy ukrywać pod płaszczykiem szczęśliwego konsumpcjonizmu.

Smutek mieszał się z magią jaką wytworzył na Towarze cały zespół.

Można było zastygnąć bez ruchu i poddać się mocy brzmienia i sile tekstów. PJ nie zawiodła.

Więcej w dziale relacja